Szczątkowa fabuła i sporo bełkotliwej, choć momentami uroczej treści ustępuje miejsca teledyskowej formie, chaosowi zdjęciowemu, jakimś nieczytelnym dla mnie impresjom i symbolice. Tlen nie zrobił na mnie żadnego wrażenia, nie wywołał ukłucia emocji, nie wciągnął, nie dostarczył choćby odrobiny rozrywki, no może taką drobinę odrobiny. Opis filmu jest dużo bardziej frapujący od tego co opisuje. Gdyby nie Gruszka to bym pewnie po raz pierwszy od lat przysnął w kinowym fotelu.
Uuuu, no to teraz pójdzie na ostre! Co prawda nie ulega dla mnie wątpliwości, że "Tlen" jest filmem, który absolutnie ma prawo się nie spodobać, ale to jeszcze nie znaczy, że to przemilczę ;) Tak, owszem, to postmodernistyczny miszmasz, jak się patrzy, ale jednocześnie taka petarda obrazów, dźwięków i myśli - na wpół banalnych, na wpół megagłębokich - że przynajmniej przy pierwszym seansie (drugi z oczywistych względów okazał się dużo spokojniejszy) zrywa kapcie i skarpetki. Pamiętam, że kiedy skończył się seans "Tlenu" na ENH, nie miałem wrażenia, że obejrzałem film, ale że całościowo przeżyłem trudne do nazwania widowisko.
jak spojrzałem na oceny Tlenu filmasterów i zobaczyłem że dałeś 9 to pomyślałem sobie, że nie zostawisz mojego esemesa bez słów komentarza ;) Tak, to postmodernistyczny miszmasz. Tak, to petarda, ale zabrakło mi w niej własnie ostatniego ze wspomnianych przez Ciebie składników, czyli myśli przez co petarda okazał sie niewypałem. Wychwyciłem albo myśli banalne (nazwałbym je nieciekawymi), albo myśli zamierzone na efektowne prowokocje, które na mnie nie robią wrażenia, albo całkiem nieczytelne lub bełkotliwe, albo takie z którymi najzwyczajniej w świecie się nie zgadzam. Oczywiście mówiąc o tych przede wszystkim nieczytelnych stwarzam pole do dalszej dyskusji. Chciałbym o ile masz ochotę dowiedzieć się co megagłębokiego wyczytałeś w tym potoku słów. Zakładam bowiem, że mogę okazać się jełopem niezdolnym do poprawnej interpretacji i zrozumienia treści zawartych w filmie co tłumaczyłoby moją wobec niego obojetność. Dodam jeszcze że w filmie zabrakło mi fabuły. Podczas seansu miałem nadzieję, że muzyka w końcu umilknie, montaż "znormalnieje", że przynajmniej przez chwilę film z teledysku przejdzie do "snucia" opowieści w trybie konwencjonalnym, dając głos bohaterom, pozwalając jakoś się bliżej z nimi zapoznać . Nic z tego, 80 minutowy teledysk to dla mnie zbyt męczące. Gdyby ten film zawierał tylko elementy tego z czego składa się w całości, elementy które inkrustowałyby dwupłaszczyznową fabułę o ile bazowałaby na dobrym tekście to zapewne "bawiłbym się" duzo lepiej.
Na początek na temat głębokich myśli: podoba mi się na przykład oczywiście sama metafora tlenu, podobał mi się cały myk o tym, co najważniejsze, podobało mi się - mimo pozornej tandetności - umotywowanie terroryzmu miłością, podobali mi się dwaj tancerze, podobały mi się przelotne komentarze do współczesnej Rosji... i podobało mi się też wiele innych rzeczy, których w tej chwili nie potrafię już jednoznacznie przywołać, ale wywarły na mnie wrażenie i pozostały gdzieś w podświadomości. Bo ten film moim zdaniem w sporej części gra na poziomie podświadomym. Odwołuje się w niewielkim stopniu do rozumu, przede wszystkim zaś do uczuć - jak to zwykle poezja, bo "Tlen" to w gruncie rzeczy nic innego jak odczyt poezji w nowatorskiej oprawie. Dlatego jeśli będziemy chcieli za wszelką cenę w nim szukać filmu sensu stricto (przykład: piszesz, że brakowało Ci fabuły), to nie będzie się nam mógł spodobać za nic w świecie. Bo to jest film w stopniu trzecio-, jeśli nie czwartorzędnym; po pierwsze poezja, po drugie teatr (to ekranizacja dramatu, mind you!), po trzecie teledysk... no i po czwarte film. Wyrypajew zresztą w ogóle nie uważa się za filmowca.
PS. Przypomniałeś mi o tej dziewiątce - po drugim seansie jednak obniżyłem o jedno oczko, bo to jest świetny film (albo niefilm), ale jednak trzeba mieć umiar :)
Co do metafory Tlenu to był to dla mnie jeden z najjaśniejszych punktów filmu ( poza Gruszką oczywiście ;) ), choć nie określiłbym jej, metafory, jako głębokiej co raczej jako poetycko trafioną. Z kolei wspomniane przez Ciebie wytłumaczenie terroryzmu miłością to w moim odczuciu było to ani tandetne, ani ciekawe, tylko irytujące. Odebrałem ten fragment (zresztą nie tylko ten) jako tanią prowokację, choć mierzoną na kontrowersyjną, a moje odczucia wynikały zapewne stąd, że kompletnie nie zgadzam się w tej kwestii z autorem. W ogóle ten fragment o terroryzmie mnie znudził, czy może już tylko pogłębił uczucie znużenia. Reszta rzeczy o których wspominasz przemknęła mi prawie niezauważona ( chyba w większości była mi obojętna). Teraz jednak zastanawiam się czy miało to w ogóle jakieś znaczenie. To znaczy, skłaniam się ku temu, że film operując wspomnianą przez Ciebie poetyką, o ile jest ona dla widza strawialna, będzię się podobał, albo inaczej. Pojawi się szansa, że zostanie dobrze odebrany. Ja jako widz odczytując treść tej poezji, nawet jeśli trafiła do mnie jej połowa, zostałem w głównej mierze, albo nieporuszony, albo zirytowany ( to było kluczowe być może). W trakcie seansu raz czytałem tekst, a raz gapiłem się tylko na obraz. Nie trafiało do mnie ani jedno ani drugie. Niewykluczone jest, że film spodoba się wtedy kiedy widz tego filmu rejestrować będzie równocześnie wszystkie elementy tego widowiska, czyli melorecytacje oraz obraz i dźwięk i to pod warunkiem, że żaden z tych elementów nie będzie dla niego odpychający (np. wtedy kiedy nie znamy albo są nam obojętne treści tych melorecytacji, idąc za tym co napisał @doktor ) Może rzeczywiście gdybym od początku nie czytał tekstu a tylko wsłuchiwał i wpatrywał się w to widowisko to by mi się spodobało.
Nie przesadzałbym, że treści były mi obojętne. Raczej - że nie spodziewałem się po nich rewelacji. Z czytaniem tekstu i śledzeniem równocześnie obrazu rzeczywiście jest kłopot, dlatego zresztą sam Wyrypajew twierdził, że film poza Rosją powinien być dubbingowany. Ale ja się cieszę, że nie był. Coś tam z rosyjskiego ze szkoły pamiętałem i piąte przez dziesiąte rozumiałem. Dubbing zabiłby melodykę filmu.
Problem w tym, że ten fragment z terroryzmem i miłością, chociaż kontrowersyjny i "źle brzmiący", w zasadzie jest nie do podważenia. Nie wiem, czy Filmaster to nie miejsce na takie rozmyślania, choć zasadzie czemu nie? Ta myśl z "Tlenu", choć teoretycznie idąca na przeciw wszystkiemu, w co chcielibyśmy wierzyć, spowodowała, że mentalnie na chwilę przystanąłem i powiedziałem sobie: "Cholera, rzeczywiście". To nie jest żadna tania prowokacja. To myśl bardzo niewygodna, ale przez to bardzo wartościowa. A jeśli irytuje - w sumie nawet powinna - to dlatego, że budzi wręcz fizyczny odruch obronny. A jednak...
W gruncie rzeczy jeśli z "Tlenu" wyniosłem jedną myśl, która ze mną została, to właśnie tę. Oczywiście wyniosłem więcej, bo tu sporo udanych myśli skrzydlatych (ok, dajmy sobie już spokój z analizowaniem ich głębi - dobrze to nazwałeś: poetycko trafione), ale gdybym musiał wybrać jedną, pewnie pozostałbym przy tej.
Generalna myśl jest pewnie rzeczywiście dość banalna: że różne rzeczy są dla różnych ludzi tlenem, bez którego nie potrafią żyć. Na pierwszym planie oczywiście miłość (Wyrypajew w pewnym sensie podważa zdanie Pawlikowskiej - Jasnorzewskiej - "widać można żyć bez powietrza"). Przyznam, że podobnie jak Oferma niczego głębokiego nie odczułem / nie zrozumiałem śledząc tę opowieść. A sprowadzenie jej do kilku zdań, już w ogóle ją trywializuje.
ALE to jest film, który na mnie oddziałał obrazem, dźwiękiem, emocjami. Słuchanie melorecytacji Gruszki i Filimonowa jest po prostu przyjemne. Zupełnie nie potrzebowałem w tym momencie zastanawiać się, czy to wszystko czemuś służy i do czegoś dąży. Oglądałem oryginalny obraz i dałem się uwieść.
Oferma
napisał(a) o Tlen
Szczątkowa fabuła i sporo bełkotliwej, choć momentami uroczej treści ustępuje miejsca teledyskowej formie, chaosowi zdjęciowemu, jakimś nieczytelnym dla mnie impresjom i symbolice. Tlen nie zrobił na mnie żadnego wrażenia, nie wywołał ukłucia emocji, nie wciągnął, nie dostarczył choćby odrobiny rozrywki, no może taką drobinę odrobiny.
Opis filmu jest dużo bardziej frapujący od tego co opisuje.
Gdyby nie Gruszka to bym pewnie po raz pierwszy od lat przysnął w kinowym fotelu.
Negrin
Uuuu, no to teraz pójdzie na ostre! Co prawda nie ulega dla mnie wątpliwości, że "Tlen" jest filmem, który absolutnie ma prawo się nie spodobać, ale to jeszcze nie znaczy, że to przemilczę ;) Tak, owszem, to postmodernistyczny miszmasz, jak się patrzy, ale jednocześnie taka petarda obrazów, dźwięków i myśli - na wpół banalnych, na wpół megagłębokich - że przynajmniej przy pierwszym seansie (drugi z oczywistych względów okazał się dużo spokojniejszy) zrywa kapcie i skarpetki. Pamiętam, że kiedy skończył się seans "Tlenu" na ENH, nie miałem wrażenia, że obejrzałem film, ale że całościowo przeżyłem trudne do nazwania widowisko.
Oferma
jak spojrzałem na oceny Tlenu filmasterów i zobaczyłem że dałeś 9 to pomyślałem sobie, że nie zostawisz mojego esemesa bez słów komentarza ;)
Tak, to postmodernistyczny miszmasz. Tak, to petarda, ale zabrakło mi w niej własnie ostatniego ze wspomnianych przez Ciebie składników, czyli myśli przez co petarda okazał sie niewypałem. Wychwyciłem albo myśli banalne (nazwałbym je nieciekawymi), albo myśli zamierzone na efektowne prowokocje, które na mnie nie robią wrażenia, albo całkiem nieczytelne lub bełkotliwe, albo takie z którymi najzwyczajniej w świecie się nie zgadzam. Oczywiście mówiąc o tych przede wszystkim nieczytelnych stwarzam pole do dalszej dyskusji. Chciałbym o ile masz ochotę dowiedzieć się co megagłębokiego wyczytałeś w tym potoku słów. Zakładam bowiem, że mogę okazać się jełopem niezdolnym do poprawnej interpretacji i zrozumienia treści zawartych w filmie co tłumaczyłoby moją wobec niego obojetność.
Dodam jeszcze że w filmie zabrakło mi fabuły. Podczas seansu miałem nadzieję, że muzyka w końcu umilknie, montaż "znormalnieje", że przynajmniej przez chwilę film z teledysku przejdzie do "snucia" opowieści w trybie konwencjonalnym, dając głos bohaterom, pozwalając jakoś się bliżej z nimi zapoznać . Nic z tego, 80 minutowy teledysk to dla mnie zbyt męczące. Gdyby ten film zawierał tylko elementy tego z czego składa się w całości, elementy które inkrustowałyby dwupłaszczyznową fabułę o ile bazowałaby na dobrym tekście to zapewne "bawiłbym się" duzo lepiej.
Negrin
Na początek na temat głębokich myśli: podoba mi się na przykład oczywiście sama metafora tlenu, podobał mi się cały myk o tym, co najważniejsze, podobało mi się - mimo pozornej tandetności - umotywowanie terroryzmu miłością, podobali mi się dwaj tancerze, podobały mi się przelotne komentarze do współczesnej Rosji... i podobało mi się też wiele innych rzeczy, których w tej chwili nie potrafię już jednoznacznie przywołać, ale wywarły na mnie wrażenie i pozostały gdzieś w podświadomości. Bo ten film moim zdaniem w sporej części gra na poziomie podświadomym. Odwołuje się w niewielkim stopniu do rozumu, przede wszystkim zaś do uczuć - jak to zwykle poezja, bo "Tlen" to w gruncie rzeczy nic innego jak odczyt poezji w nowatorskiej oprawie. Dlatego jeśli będziemy chcieli za wszelką cenę w nim szukać filmu sensu stricto (przykład: piszesz, że brakowało Ci fabuły), to nie będzie się nam mógł spodobać za nic w świecie. Bo to jest film w stopniu trzecio-, jeśli nie czwartorzędnym; po pierwsze poezja, po drugie teatr (to ekranizacja dramatu, mind you!), po trzecie teledysk... no i po czwarte film. Wyrypajew zresztą w ogóle nie uważa się za filmowca.
PS. Przypomniałeś mi o tej dziewiątce - po drugim seansie jednak obniżyłem o jedno oczko, bo to jest świetny film (albo niefilm), ale jednak trzeba mieć umiar :)
Oferma
Co do metafory Tlenu to był to dla mnie jeden z najjaśniejszych punktów filmu ( poza Gruszką oczywiście ;) ), choć nie określiłbym jej, metafory, jako głębokiej co raczej jako poetycko trafioną. Z kolei wspomniane przez Ciebie wytłumaczenie terroryzmu miłością to w moim odczuciu było to ani tandetne, ani ciekawe, tylko irytujące. Odebrałem ten fragment (zresztą nie tylko ten) jako tanią prowokację, choć mierzoną na kontrowersyjną, a moje odczucia wynikały zapewne stąd, że kompletnie nie zgadzam się w tej kwestii z autorem. W ogóle ten fragment o terroryzmie mnie znudził, czy może już tylko pogłębił uczucie znużenia. Reszta rzeczy o których wspominasz przemknęła mi prawie niezauważona ( chyba w większości była mi obojętna). Teraz jednak zastanawiam się czy miało to w ogóle jakieś znaczenie. To znaczy, skłaniam się ku temu, że film operując wspomnianą przez Ciebie poetyką, o ile jest ona dla widza strawialna, będzię się podobał, albo inaczej. Pojawi się szansa, że zostanie dobrze odebrany. Ja jako widz odczytując treść tej poezji, nawet jeśli trafiła do mnie jej połowa, zostałem w głównej mierze, albo nieporuszony, albo zirytowany ( to było kluczowe być może). W trakcie seansu raz czytałem tekst, a raz gapiłem się tylko na obraz. Nie trafiało do mnie ani jedno ani drugie. Niewykluczone jest, że film spodoba się wtedy kiedy widz tego filmu rejestrować będzie równocześnie wszystkie elementy tego widowiska, czyli melorecytacje oraz obraz i dźwięk i to pod warunkiem, że żaden z tych elementów nie będzie dla niego odpychający (np. wtedy kiedy nie znamy albo są nam obojętne treści tych melorecytacji, idąc za tym co napisał @doktor )
Może rzeczywiście gdybym od początku nie czytał tekstu a tylko wsłuchiwał i wpatrywał się w to widowisko to by mi się spodobało.
doktor_pueblo
Nie przesadzałbym, że treści były mi obojętne. Raczej - że nie spodziewałem się po nich rewelacji. Z czytaniem tekstu i śledzeniem równocześnie obrazu rzeczywiście jest kłopot, dlatego zresztą sam Wyrypajew twierdził, że film poza Rosją powinien być dubbingowany. Ale ja się cieszę, że nie był. Coś tam z rosyjskiego ze szkoły pamiętałem i piąte przez dziesiąte rozumiałem. Dubbing zabiłby melodykę filmu.
Oferma
rozumiem. Nie spodziewałeś się rewelacji, ale z drugiej strony treść nie okazała się dla Ciebie wkurzająca, co miało miejsce w moim przypadku :)
Negrin
Problem w tym, że ten fragment z terroryzmem i miłością, chociaż kontrowersyjny i "źle brzmiący", w zasadzie jest nie do podważenia. Nie wiem, czy Filmaster to nie miejsce na takie rozmyślania, choć zasadzie czemu nie? Ta myśl z "Tlenu", choć teoretycznie idąca na przeciw wszystkiemu, w co chcielibyśmy wierzyć, spowodowała, że mentalnie na chwilę przystanąłem i powiedziałem sobie: "Cholera, rzeczywiście". To nie jest żadna tania prowokacja. To myśl bardzo niewygodna, ale przez to bardzo wartościowa. A jeśli irytuje - w sumie nawet powinna - to dlatego, że budzi wręcz fizyczny odruch obronny. A jednak...
W gruncie rzeczy jeśli z "Tlenu" wyniosłem jedną myśl, która ze mną została, to właśnie tę. Oczywiście wyniosłem więcej, bo tu sporo udanych myśli skrzydlatych (ok, dajmy sobie już spokój z analizowaniem ich głębi - dobrze to nazwałeś: poetycko trafione), ale gdybym musiał wybrać jedną, pewnie pozostałbym przy tej.
Oferma
może rozwiń to w takim razie, to znaczy to jak to rozumiesz, bo jest to być może zalążek do ciekawej rozmowy :)
doktor_pueblo
Generalna myśl jest pewnie rzeczywiście dość banalna: że różne rzeczy są dla różnych ludzi tlenem, bez którego nie potrafią żyć. Na pierwszym planie oczywiście miłość (Wyrypajew w pewnym sensie podważa zdanie Pawlikowskiej - Jasnorzewskiej - "widać można żyć bez powietrza"). Przyznam, że podobnie jak Oferma niczego głębokiego nie odczułem / nie zrozumiałem śledząc tę opowieść. A sprowadzenie jej do kilku zdań, już w ogóle ją trywializuje.
ALE to jest film, który na mnie oddziałał obrazem, dźwiękiem, emocjami. Słuchanie melorecytacji Gruszki i Filimonowa jest po prostu przyjemne. Zupełnie nie potrzebowałem w tym momencie zastanawiać się, czy to wszystko czemuś służy i do czegoś dąży. Oglądałem oryginalny obraz i dałem się uwieść.
Zaloguj się aby skomentować lub połącz przez Dołącz przez Facebook